Skocz do zawartości


Zdjęcie
- - - - -

Andrzej Maciejewski Powraca... po EMILCIŃSKU!


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
Brak odpowiedzi do tego tematu

#1 Convolution

Convolution

    Infrzak

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 33 postów

Napisano 17 maj 2012 - 17:09

Dzisiaj jedziemy szukać kamienia emilcińskiego. Andrzej dostał sygnał, że znajduje się on pod Warszawą. Czekam na niego pod pomnikiem lotnika. Niestety, pan Maciejewski nie jest zbyt punktualny. Już nieraz miałem mu to wygarnąć, ale darowałem sobie. Ten człowiek jest niereformowalny: dwadzieścia minut spóźnienia to dla niego norma. A to Pekaes się spali, a to dziecko ma w szpitalu (tak, raz pojechałem na audycję do pana Andrzeja do Puław. Ze znajomym. Na początku był telefon, wszystko było ok. Audycja miała się odbyć... a potem, tj. za pięć minut, zadzwoniła jakaś kobieta, i przepraszając mnie powiedziała, że dziecko w szpitalu i w ogóle Gehenna. Kwestie tłumaczeń i pieniędzy za benzynę pomijam...)


No ok. Idzie Andrzej ze swoją dziewczyną - Elwirą. Elwira zna się na sztukach walki. Wiecie, raz się spytałem o takie podstawowe chwyty, to od razu mi pokazała, gdzie uderzyć, żeby zabić! Mocna kobieta, uczciwa. Nieraz Andrzejowi wygarnęła, że zachowuje się jak dziecko, że umawia się na pół godziny chodzenia po gąszczach, a chodzimy pięć godzin. Zresztą nieraz zastanawiałem się, jadąc z nimi autem, jaki to jest układ między Andrzejem, a Elwirą, ale co mnie to tak naprawdę obchodzi. Słyszałem tylko, że mieli raz opętanego lokatora, innym razem Andrzej interweniował w sprawach finansowych Elwiry, a z kolei jeszcze kiedyś na Andrzeja rzucił się ktoś - bo Andrzej to Antychryst. Wracając jednak do meritum...


-Cześć, Adam- wita mnie Andrzej, jednocześnie otwierając drzwi Elwirze -To co, po kamień?-


-No, tak- kiwnąłem głową - Po kamień...-


Mija pół godziny. Rozmowa była o wszystkim i o niczym. Nagle, Andrzej odwraca się do mnie.


-Adam...- zaczął - Czy Ty znasz kogoś takiego jak Gosia Andrzejewicz?-


- Nie - odparłem - A co? -


- Bo jacyś psychole wysłali mi maila z gosiomaniacy czy coś - zaczął - I Wiesz, wyglądał na prawdziwy! Mail był profesjonalny, telefon był podany... bo wiesz, taki psychol to za głupi jest, żeby takie szczegóły dodać. No i że ta Gosia Andrzejewicz chciała teledysk nagrywać z nami. To ja zadzwoniłem do managera, na ten telefon w mail'u, a on powiedział, że nic o tym nie wie. A druga sprawa, to znowu dzwonił do mnie jakiś wojskowy. Głos jak z dyktanda, wiesz?-


- Ciekawe - odparłem, patrząc się na drogę - Były jeszcze jakieś przypadki?-


- Cały czas są! - odparł Andrzej - Wiesz, definicja psychola to taka jest: jedno myśli, drugie mówi, trzecie robi. To tak właśnie, jak ci z BUNFRY. Jeśli Rysiek był zdolny do wysyłania oszczerstw na Elwirę po uczelniach, to sam widzisz, jacy to są ludzie. Nigdzie nie byli, nic nie widzieli. A Wiesz, też nie gadaj z tym Ryśkiem, bo on jest jak taki zbok, co to dzieci cukierkami częstuje. Orientujesz się przecież w różnych technikach manipulacji i nie widzisz, że Rysiek stosuje tanie chwyty wobec ciebie? Adam, zadzwoniła do niego dziennikarka, to powiedział, że za dwa tygodnie ma czas. Przecież to żenada! A tak w ogóle to powinien dostać ode mnie w mordę, za to co robił Elwirze. -


I tak rozważaniom na temat BUNFRY nie było końca. Choć wiele razy Andrzej Maciejewski zaklinał się, że już nie będzie o nich mówić... obsesja zawsze wygrywała. Coraz częściej padały pytania, ''czy masz kontakt z BUNFRĄ?'', a w szczególności z Ryszardem. Zresztą z każdego robił psychola: jak nie chowają się ci BUNFRARZE po autobusach, to z kolei się w nich pocą niczym schizofrenicy... a kto wie, czy pewne osoby nie przestały dla Andrzeja istnieć, jak Marcin P., którego egzystencję kategorycznie zanegował...


Wracając do tematu: kamienia w jeziorze nie było. Andrzej skanował je dokładnie, ale nie znalazł nic. Zobaczyliśmy tylko kulejącego psa przykutego do budy, przewieźliśmy kawałek 30-paro letniego faceta, który wreszcie mógł się wyrwać ze szponów matki (jechaliśmy autem, a on pokazywał się znajomym, jego mowa ciała niczym: zobaczcie! Jadę autem! Widzicie!?)


I po drodze Andrzej dostał ochrzan od starszej pani, że po jej polach się szlaja. Aż Elwira stwierdziła, że zagiął przestrzeń. A pan Andrzej dostał wtedy ataku czegoś zbliżonego do padaczki. Stwierdził, że Elwira nie ma w sobie ducha poszukiwacza przygód.


Nieraz pytałem się Andrzeja, co też robi w ciągu dnia. Gdzie pracuje. Wiecie, takie przyziemne rzeczy. Wspominał coś o jakimś tam biuletynie dla związków zawodowych, o prowadzeniu konkursów żeńskich... o pisaniu artykułów... i o byciu osobą znaną na Lubelszczyźnie. Ale na ogół pytanie to skwitowane było słynnym już jego Facebookow'ym uśmieszkiem...


Niektórym się wydaje, że pan Andrzej to guru dla osób z jego organizacji. Nie wiem, jak inni, ale dla mnie to guru nie byłby nawet, jakbym się uparł... po prostu jest... za mizerny. Myśli, że jest taki sprytny, a wychodzi jak wychodzi...


Innym razem z kolei miała być w Warszawie Chupacabra. Zadzwonił do mnie, ekscytacja w głosie. Mówił, że trzeba to zbadać, że świadek absolutnie wiarygodny. Ja mówiłem mu, że to jakaś ściema.. i oczywiście miałem rację. Nie było żadnej Chupacabry, świadek był fikcyjny. Nie chciał podać telefonu, bo niby radny i nie chciał być kojarzony.


Andrzej to kupił, a może... sam to wyreżyserował? Nie, nie sądzę. Musiałby wiedzieć, którego numeru domu nie będzie, i tak dalej... chociaż w jego Maciejewskim świecie wszystko jest możliwe.